Jeszcze niedawno sama się nad tym zastanawiałam. Czytałam blogi, oglądałam zdjęcia i zazdrościłam wszystkim mamusiom, które mają już odpieluchowane dzieci. Bo Fabiś, pomimo tego, że w okolicach 2rż zaczął informować o swoich potrzebach fizjologicznych, to na nocnik usiąść nie chciał. Parzył go w tyłek i koniec kropka. Za każdym razem zaglądając w pieluszkę przeżywałam zawał - bo odparzenie goniło odparzenie i od urodzenia było coraz gorzej. Kremy, pudry, maści i zmiany pieluch nie pomagały, więc modliłam się o to, żeby syn jednak się przekonał.
Na wakacjach synek zaczął mówić kiedy chce mu się siusiu. Jednak na nocnik nie siadał. Na ten czas kazał zakładać sobie pieluchę. W związku z tym cierpliwie czekałam. Jakieś 3 tygodnie temu sam z siebie usiadł na nocnik i się załatwił. Sam, ze swojej inicjatywy, bez zmuszania, bez sadzania. Od tamtej pory pożegnaliśmy pieluchy. Ubieramy je jedynie na spacer i do spania. Nie ma wpadek, nie ma przypominania. Po prostu synek sam uznał, że to jego pora.
Jestem z niego ogromnie dumna. Z siebie też, że nie uległam innym. Dużo osób już na wakacjach wmawiało mi, że to moja wina, że synek nie siusia na nocnik. Bo nie wysadzałam go odkąd zaczął sam siedzieć. Ja wyszłam z założenia, że dziecko jest mądre i samo wie, kiedy jest gotowe na ściągnięcie pieluchy. W końcu musi się nauczyć kontrolować swoje potrzeby. Byłam cierpliwa i ta cierpliwość zaowocowała i nagrodziła nas taką niespodzianką :)
Jeśli ktoś Was poucza, że to czas na siusianie na nocnik i każe Wam na siłę wysadzać dziecko, to wsadźcie mu jego rady w jego cztery litery. Zaufajcie swojemu dziecku, niech powoli uczy się kontrolowania potrzeb fizjologicznych. A ten moment nastąpi niespodziewanie, tak jak i u nas :)
A od siebie dodam jeszcze małą poradę dla mam chłopców o grubiutkich udkach i sporej pupie - u nas najlepiej sprawdzają się bokserki, ponieważ nie wrzynają się w udka. Slipy krępowały ruchy i wrzynały się w pachwinki :)
Choroba Fabisia trwa i trwa... W międzyczasie bujamy się od lekarza do lekarza, aby konsultować czy wszystko idzie w dobrym kierunku. Od lekarza pediatry trafiliśmy do pulmunologa, gdzie Fab jest pod stałą kontrolą. Niestety jest też stale na arsenale leków. No, ale nie o tym miało być. Pulmunolog zlecił nam badanie IgA/IgE, które wykonuje się z krwi w celu wykluczenia alergii.
Nasze pierwsze pobieranie krwi, więc strach ogromny, jak to będzie i czy syn się nie zrazi. Odwlekłam w czasie całe 2 dni ;) ale dłużej nie mogłam, więc jakoś trzeba było dać sobie radę. Wieczorem opowiedziałam synkowi, że Pani będzie chciała jego krewkę z rączki i czy mu da troszkę. Wytłumaczyłam, że pani musi jej troszkę wziąć, żeby w końcu wyzdrowiał. Syn chętnie się zgodził. Wytłumaczyłam mu, że pani będzie musiała użyć igły i że troszkę będzie boleć, ale za to (fanfary, matka dziecko przekupiła :D) pojedziemy autobusem i kupimy Kinder Niespodziankę. Dziecko wpadło w zachwyt, więc i strach ciut mniejszy. Rano nie było mi już tak wesoło ;) Ubraliśmy się, poszliśmy na autobus, dotarliśmy do przychodni. Jeszcze raz przypomniałam, że pani zabierze krewkę i będzie kuj kuj, ale za to kupimy jajo. Było troszkę jęczenia w drzwiach, ale do gabinetu wszedł spokojnie. Usiedliśmy razem na krześle, a ja od razu poinformowałam panie, że syn jest niewspółpracujący ;) więc obydwie musiały podejść do nas. Założyliśmy z paniami bransoletkę i szukaliśmy żyłki. Na prawej ręce się nie udało, na lewej żyły nie widoczne. Pani zastanawiała się już nad pobieraniem z palca (a mi od razu przyszło na myśl, że będziemy siedzieć z godzinę, Fab będzie płakał i się wyrywał, a krew będzie ledwo kapać...), ale założyła Fabiemu bransoletkę na lewą rękę i... udało się! Żyła się znalazła. W tym momencie powiedziałam Fabiśkowi, że teraz pani weźmie krewkę, a ja go przytulę. Wtuliłam jego głowę w swoje piersi i... Syn ledwo zapłakał, trzymał rękę cały czas prosto! Szok, szok i jeszcze raz szok! Po skończonym pobieraniu od razu uśmiech, machanie paniom i upominanie się o jajo ;) Ale chwilę musieliśmy posiedzieć i uciskać rękę, żeby nie zrobił się siniak. Później chwalił się wszystkim, że był dzielny!
U lekarza okazało się, że na szczęście wyniki są ok. Jednak niepokojące było 1,5 miesięczne zaflegmienie. Decyzja, że idziemy na rentgen zrobić zdjęcie płuc. Po drodze (bo to piętro wyżej) wytłumaczyłam synkowi, że pani zrobi mu zdjęcie, a on musi się uśmiechać żeby wyszło piękne. Wszedł spokojny z babcią, stał ślicznie, uśmiechał się, a zdjęcie wyszło za pierwszym razem! Wynik dobry, więc zadowoleni wróciliśmy do domu :)
Czemu o tym wszystkim piszę? Bo wiem, że rozmowa z dzieckiem jest bardzo ważna. Lepiej dziecku wytłumaczyć co będzie się działo. Wcześniej się tego bałam. Najbardziej tego, że wiedząc co go czeka będzie płacz, krzyk i kładzenie się na podłodze. Grubo się myliłam. Bo właśnie gdy dziecku tłumaczę, to jest spokojniejsze. Natomiast gdy nagle coś się dzieje, czego nie zna, co może sprawić mu ból, to nie chce współpracować. Dlatego właśnie gdy ktoś się mnie pyta czemu straszę dziecko, to zawsze odpowiadam, że po prostu tłumaczę co się będzie działo. I niech myślą, że jestem wariatką. Najważniejsze, że moje dziecko mi ufa.
Przez długą chorobę, którą aktualnie przechodzi Fabiś zaczęłam myśleć o wzmocnieniu odporności. Już w tamtym roku w okresie jesiennym wpadłam na pomysł picia tranu. Kupiłam tran i zaczęłam pić go sama, wierząc, że wszystkie potrzebne składniki przenikną do pokarmu i Fab dostanie je nie musząc osobiście pić tranu. Niestety nie udało się tego dokonać, ponieważ okazało się, że tran powoduje u mnie ogromną zgagę ;)
Do tematu podeszłam znów w tym roku. Z lodówki wyciągnęłam tran, którego nie wypiłam (a termin do końca 2015!) i dałam go babci. Babcia się ucieszyła, bo butelka praktycznie pełna, a jej się przyda. I tak jakoś wyszło, że podczas remontu, gdy mieszkaliśmy u babci, sama babcia zawołała Fabcia i zapytała czy pije z nią tran. A Fabiś siup! i wypił całą łyżeczkę. Byłam ogromnie zdziwiona! Ale od tamtej pory słysząc słowo tran, Fab od razu zmierza do lodówki i każe go sobie podawać. W związku z tym nowy tran stoi u nas w lodówce. U babci jest tran Moller's o smaku cytrynowym, w domu posiadamy tę samą firmę o smaku owocowym.
Od razu przyznam, że w aptece chciaÅ‚am kupić inny tran, jednak w Polsce jest on dostÄ™pny tylko za poÅ›rednictwem... internetu. Mowa tutaj o tranie Blue Ice oraz o Kirkman. Dlaczego chciaÅ‚am wÅ‚aÅ›nie tran tych firm? Blue Ice jest tranem surowym, nierafinowanym i fermentowanym.Tran Kirkman jest natomiast z dodatkiem witamin naturalnych, nie syntetycznych. ZostaÅ‚ też suszony próżniowo w celu usuniÄ™cia brzydkich zapachów. Z minusów muszÄ™ przytoczyć cenÄ™. Tran Blue Ice kosztuje 34€ natomiast Kirkman na allegro kupimy za ok. 100 zÅ‚. Nie każdego na nie stać.
W aptece jednak musząc coś wybrać postawiłam na Moller'sa, który jest firmą znaną i cenioną w Polsce.
Sam tran przechowuję w lodówce. Zapach z butelki jest mocno rybny, natomiast na łyżeczce pachnie pięknie landrynkami (a cytrynowy cytrusami). W smaku jak olej, bez żadnych substancji poprawiających smak, czy w ogóle jakikolwiek smak dając. Fabisiowi smakuje. Podaję mu tran zwykły (nie ten Baby), ponieważ to dokładnie to samo, o takim samym składzie. Różni się jednak ceną, Baby jest kilka złotych droższy! Do 3 roku życia będziemy pić 2,5 ml, a po 3 rż już 5 ml.
Czy przyniesie nam jakieś pozytywne skutki przekonamy się później :)
A Wy pijecie tran?
In
zdrowie,
zdrowie&uroda
Leczenie zębów u małego dziecka i nasze wrażenia po użyciu syropu Dormicum
Długo zbierałam się do napisania tej notki, to fakt. Ale jakoś musiałam nabrać 'wiatru w żagle' i poczuć temat, w który będę się zagłębiać.
Jak już zapewne pamiętacie w maju jechaliśmy pod Warszawę, aby wyleczyć Fabisiowe ząbki zajęte próchnicą. Dlaczego tak daleko? Ponieważ chciałam, aby ząbki wyleczyła osoba, której ufam w stu, a nawet dwustu procentach. Do dnia dzisiejszego naszej ukochanej pani dentystyce dziękujemy i dziękować będziemy (i ślemy buziaczki :*).
Dziś chciałam Wam przedstawić małą relację z tego, jak wyglądał proces leczenia ząbków Fabisia.
Tuż przed wejściem do gabinetu poszłam załatwiać wszelkie papierkowe formalności, w tym czasie syn został zważony. Jest to bardzo ważna czynność, ponieważ waga dziecka potrzebna jest do dokładnego odmierzenia dawki leku. Po chwili przyniesiono nam kubeczek z wodą rozmieszaną z sokiem oraz strzykawkę z kilkoma mililitrami syropu. Fabiś się bawił, a ja w międzyczasie podałam mu lek. W ciągu 10 minut ruchy synka zaczęły się spowalniać, łapał "zawiechy", zataczał się i chichrał - słowem zachowywał się jakby był pijany. To był znak, że syrop zaczął działać. Weszliśmy do gabinetu, puszczono nam Peppę. Usiadłam na fotelu stomatologicznym, na kolanach miałam Fabisia. W tym momencie musiałam przytrzymać nogami jego nogi, a rękami jego rączki - wszystko po to, aby go unieruchomić. Dlaczego, skoro podano mu syrop?
Syrop ten na chwilę "odłącza" procesy pamięciowe. O co chodzi? Po podaniu określonej dawki leku dziecko nie pamięta co przez ten czas się działo. Czemu ma to służyć? Ano temu, żeby dziecko nie miało żadnej traumy związanej z przebiegiem leczenia.
W buzi pani asystentka założyła mu żabkę, która miała uniemożliwić zamykanie buzi oraz rurkę do odsysania śliny. W tym momencie Fabiś otrzymał znieczulenie (tak, takie jak dorośli ;)) i po chwili zaczęło się borowanie. Trwało długo, bo i dużo było do roboty. W tym czasie Fabiś płakał, prowokował odruch wymiotny, szarpał się, krzyczał - czyli rzecz normalna podczas takiego zabiegu. Walczył cały czas, był cały mokry, my również. Zabieg trwał ponad godzinię, więc zdarzało mu się przysypiać na kilka sekund i znowu budzić się i walczyć. I tak cały czas...
Po zabiegu Fabianek od razu w ciągu 3 sekund uspokoił się i oglądał Peppę (zasługa syropu). Wybrał sobie także 2 nagrody dla dzielnego pacjenta.
W samochodzie usnął i spał godzinkę.
Z samego przebiegu wizyty nic nie pamięta. Gdy pytałam gdzie byliśmy odpowiadał, że był bum i widział ciocię. Tyle, nic więcej. Czy było warto? TAK. Po leczeniu w ogóle nie widać, że kiedykolwiek coś działo się z ząbkami. Są śnieżnobiałe, równiótkie. Nie widać nawet założonych plomb. Z samego zabiegu dziecko nic nie pamięta. Mam świadomość tego, że nie ma zalapisowanych zębów i że nikt nie będzie się śmiał z niego, że jest wampirem. Ząbki są piękne i zdrowe. A to o to właśnie chodziło. Czy gdybym miała ponownie wybierać, to zgodziłabym się na użycie tego syropu? Zdecydowanie tak.
Wcześniej naczytałam się wielu straszących opinii, że dzieci są agresywne, że gryzą się itp itd. Nasza pani stomatolog dobrze to podsumowała - każdy po alkoholu zachowuje się inaczej, są ludzie, którzy się śmieją, a są i tacy, którzy są agresywni, a ten syrop działa na podobnych zasadach. Należy jednak pamiętać, że każde dziecko reaguje inaczej i że trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.
Po samym zabiegu dziąsełka Fabisia były dość mocno opuchnięte i kilka dni krwawiły. Na taką ewentualność też zostaliśmy przygotowani przez naszą panią stomatolog. Wytłumaczyła mi także jak teraz dbać o Fabisiowe uzębienie, żeby sytuacja się nie powtórzyła. Póki co, odpukać, jest dobrze. Obyśmy nie musieli powtarzać wizyt.
Mam nadzieję, że po przeczytaniu tej notki będziecie chciały walczyć o piękny i biały uśmiech Waszych dzieci. Świat nie kończy się na lapisowaniu. Wyobrażacie sobie siebie chodzące przez kilka lat z czarnymi zębami? Ja nie. A w szczególności wśród dzieci, które są okrutne. Mleczaki są przecież przez kilka lat w ustach naszych dzieci. Warto o nie dbać. Pamiętajcie także o własnych uśmiechach i chodźcie na kontrole stomatologiczne!
Buziaki
Karolina
Stało się. Fabiś ma dziurkę w zębie. Pomimo dobrej higieny jamy ustnej nie udało nam się tego uniknąć. 4 marca czeka nas wizyta u dentysty.
Jak to się stało? Sama nie wiem. Codziennie myjemy ząbki 2x dziennie, słodycze je sporadycznie i zawsze po zjedzeniu ma myte ząbki. Soki pija tylko nie słodzone, które rozcieńczam. Dodatkowo myję ząbki kolistymi ruchami, przy dziąsłach myję szczoteczką skierowaną pod kątem 45 stopni, aby dobrze oczyścić zęby przy dziąsłach. Może to genetyka? Sama jako dziecko miałam bardzo kruche i delikatne szkliwo mleczaków, wszystko przez antybiotykoterapię. Żeby ratować zęby stomatolog zdecydował się na lapisowanie. Wszystkie zęby miałam... czarne. Dzieci pod blokiem przezywały mnie "wampirek", a dorośli śmiali się, że nie dbałam o zęby. Dbałam, kochałam je myć, wielbiłam smak pasty do zębów. Miałam taką w zielonej tubce, ze słonikiem. Takie wspomnienia mam z okresu, gdy miałam 3-4 lata. Nie ciekawe, prawda? Dlatego jak ognia chcę uniknąć takiej sytuacji u syna. Póki ubytek jest mały, to będziemy leczyć w inny sposób. Prawdopodobnie skończy się na borowaniu i plombie.
Po konsultacji z Karoliną (która stworzyła poradnik, jak dbać o ząbki dzieci [link pod koniec notki]) szukałam gabinetu dziecięcego, który oferuje znieczulenie dla tak małego dziecka pod postacią syropu Dormicum. Syrop ten "wyłącza" układ nerwowy dziecka, tak jak robi to z dorosłym alkohol. Dziecko nie pamięta samej wizyty, więc nie wynosi z niej pamięci o bólu i borowaniu. Dodatkowo jest lekko otumanione, aby spokojnie dać borować ząbki. Syrop ten jest rodzajem "głupiego jasia" dla dzieci. Niestety, u mnie w mieście nie do dostania.
Po wielu problemach z zarejestrowaniem maluszka, stanęło na wizycie w prywatnej klinice stomatologicznej u nas w mieście. Leczą dużo dzieci i jako jedyni mają gaz rozweselający. Nie wiadomo, czy Fabiego uda się nim znieczulić (bo trzeba go wdychać tylko przez nos), ale może jednak da radę. Trzymajcie proszę kciuki za niego, oby to dzielnie zniósł!. Na pewno damy Wam znać po wizycie!.
Link do poradnika Karoliny klik klik
Kilka dni temu na blogowym fan pejdżu zastała Was taka wiadomość. Trafiliśmy na pogotowie. Powód? Utykający Fabiś.
Wszystko zaczęło się 11 lutego. Od rana Fabianek lekko utykał na lewą nogę. Wybraliśmy się na spacer, gdzie było to ledwo widoczne. Potem drzemka. Po drzemce utykanie było już rzeczywiście widoczne, bo każdy pytał co się stało. Razem z MB zastanawiałyśmy się o co chodzi, bo ani się nie wywrócił, ani nie uderzył. Obejrzałyśmy nóżki, zero zadrapań czy siniaków, nóżki nie były spuchnięte, ani obolałe. Podeszwa stóp cała, bez wbitych odłamków czegokolwiek. Zadecydowałyśmy, że jeśli do rana nie przejdzie, to pojedziemy wieczorem na pogotowie (żeby zaoszczędzić sobie wizyty w przychodni pełnej chorych ludzi).
12 luty, rano Fabiś wstał i dalej kulał. Zadecydowałyśmy, że wieczorem jedziemy. Po godzinie 17 zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy. Na SORze było tragicznie. Fabianek w ogóle nie zginał lewego kolanka, bardzo widocznie kulał na lewą nóżkę. Dodatkowo stawiał ją dziwnie w bok. Miałam wrażenie, że zaraz nóżka mu się złamie... Po pół godzinnym oczekiwaniu na lekarza zostaliśmy przyjęci. Synek przeszedł się po sali, lekarz wydotykał nóżką i stwierdził, że... dzieci tak chodzą i wg niego to normalne. Po czym wyprosił nas z gabinetu, mówiąc że idzie na neurologię i żebyśmy zaczekali na zewnątrz. On się miał w tym czasie zastanowić nad tym, co robić. Wrócił po godzinie i stwierdził, że nie ma sensu poddawać nóżkę naświetleniu promieniami. Wg lekarza dziwnym był fakt, że Fabianek staje na nogę, bawi się, tańczy i daje ją dotknąć. Dostaliśmy skierowanie do chirurga-ortopedy dziecięcego. Po powrocie do domu Fabianek rzeczywiście jakby mniej utykał.
Stwierdziłam, że cały następny dzień go poobserwuję. Ale MB stwierdziła, że możemy najwyżej obserwować także przez weekend i w poniedziałek (jeśli nie przejdzie) udać się do chirurga.Cała rodzina w panice co się dzieje, non stop telefony jak nie od MT, to od Baby Boni. Aż do wczoraj. Jeszcze rano lekko utykał na lewą nóżkę. Po popołudniowej drzemce dziecko obudziło się jak gdyby nigdy nic i... normalnie chodzi. Jestem w lekkim szoku. I kompletnie nie mam pojęcia o co chodzi.
Czy to była taka zabawa, jak wtedy gdy dziecko odkryje, że może chodzić na paluszkach? Oby. Mimo wszystko najadłam się sporo strachu... Skierowanie do chirurga chyba i tak wykorzystamy, zrobimy sobie kontrolę nóżek, bo lekko ucieka mu lewa stopa.
Ufff, obyśmy nie mieli więcej takich akcji!
A może Wy spotkałyście się z podobną sytuacją?
Aktualizacja.
Kochani dostaję od Was mnóstwo wiadomości dot. utykania na nóżki u Waszych dzieci wraz z pytaniem, jak to wszystko skończyło się u nas. Na szczęście od tamtej pory podobna sytuacja nie miała miejsca, Fabiś na nóżkę nigdy więcej nie utykał. Prawdopodobnie była to u niego nowa umiejętność, którą odkrył. Nie zostawiłam jednak tego tematu. Na każdej wizycie u lekarza rodzinnego rozbieram Fabisia do bielizny, pokazuję w jaki sposób chodzi, a lekarz sprawdza czy stawy rozwijają się w sposób prawidłowy. Na szczęście wszystko jest ok.
Jeżeli macie jakieś wątpliwości dotyczące stanu zdrowia Waszych dzieci, nie bójcie się zasięgnąć opinii lekarza. Utykanie może być zabawą dziecka podczas odkrycia takiej umiejętności, ale może też świadczyć o chorobie. Jeśli pomimo zapewnień lekarza, że jest ok dziecko nadal utyka przez kilka dni - nie wahajcie się wizyty u ortopedy. Lepiej dmuchać na zimne.
Mam nadzieję, że troszkę Wam pomogłam w rozwianiu wątpliwości.
Aktualizacja.
Kochani dostaję od Was mnóstwo wiadomości dot. utykania na nóżki u Waszych dzieci wraz z pytaniem, jak to wszystko skończyło się u nas. Na szczęście od tamtej pory podobna sytuacja nie miała miejsca, Fabiś na nóżkę nigdy więcej nie utykał. Prawdopodobnie była to u niego nowa umiejętność, którą odkrył. Nie zostawiłam jednak tego tematu. Na każdej wizycie u lekarza rodzinnego rozbieram Fabisia do bielizny, pokazuję w jaki sposób chodzi, a lekarz sprawdza czy stawy rozwijają się w sposób prawidłowy. Na szczęście wszystko jest ok.
Jeżeli macie jakieś wątpliwości dotyczące stanu zdrowia Waszych dzieci, nie bójcie się zasięgnąć opinii lekarza. Utykanie może być zabawą dziecka podczas odkrycia takiej umiejętności, ale może też świadczyć o chorobie. Jeśli pomimo zapewnień lekarza, że jest ok dziecko nadal utyka przez kilka dni - nie wahajcie się wizyty u ortopedy. Lepiej dmuchać na zimne.
Mam nadzieję, że troszkę Wam pomogłam w rozwianiu wątpliwości.







