W sezonie jesienno-zimowym lubię gdy w domu pachnie. Wiosna i lato przynoszą zawsze zapach kwiatów i owoców, jednak jesienią poszukuję czegoś co da mi przytulny i ciepły nastrój. Lubię wieczorami zapalić sobie świeczkę, wejść pod ciepły koc, popijać dobrą herbatę i czytać dobrą książkę lub Wasze blogi.
Czasami odpalam świeczki, ale odkąd odkryłam woski, to w większości właśnie tak wyczarowuję zapachy. Pierwszą styczność z jankami miałam, gdy wygrałam dwa w konkursie. Od tamtej pory przepadłam :)
W styczniu na urodziny Mama Diabełka obdarowała mnie 3 zapachami (ach dziękuję kochana jeszcze raz :*:*:*), więc podzielę się z Wami moimi przemyśleniami o tym, co te zapachy mi przypominają. Ale uwaga, ja jestem fanką zapachów typowo jedzeniowych :D
Co to są woski i "z czym się to je".
Woski to zapachy zamknięte w formie przypominającej kształtem tartę (te z firmy YC). Aby je użyć potrzebujemy kominek i bezzapachowe podgrzewacze. Wosk kruszymy i kawałek wrzucamy w miseczkę u góry kominka. Pod miseczką kominka umieszczamy zapalony podgrzewacz. I teraz dzieje się magia :) Wosk topi się, przybiera postać płyną i wydziela zapach. Po zgaszeniu i ostygnięciu znów przybiera postać stałą. Jeden kawałeczek możemy używać do momentu gdy go "wypalimy" i zapach się skończy, bądź możemy po kilku paleniach odłożyć go na bok i powtórnie użyć. Proste, prawda? :)
A teraz przejdźmy do samego opisu zapachu i tego, jak odebrał go mój nos :)
Żurawina kojarzy mi się z dwoma woniami - ta suszona ze słodyczą, a świeża z cierpkością i świeżością. Ten zapach bardziej przypomina słodką suszoną żurawinę. Zapach jest słodki, ale nie mdlący z lekko wyczuwalną chemiczną nutą, która miała być chyba tymi cytrusami. Gdyby nie te "cytrusy", to uwiodłaby mnie na dwieście procent, bo jestem miłośniczką żurawiny pod każdą postacią :)) Mimo to zapach jest ciekawy i warty przetestowania.
Cranberry Zest to prawdziwie stymulujące, owocowe uderzenie! W ciemnoczerwonym, w pełni naturalnym wosku Yankee Candle znaleźć można spektrum wszystkich smaków i aromatów charakterystycznych dla przepysznej, świątecznej żurawiny. Początkowa odrobina goryczy zanika po to, by po chwili wybuchnąć prawdziwą, nasyconą, niezwykle intensywną słodyczą. Żurawinowa pokusa to kompozycja idealna na jesienne i zimowe, coraz dłuższe wieczory – ocieplająca i dodająca energii jednocześnie, kojarząca się z domowym ciepłem i szczęśliwymi chwilami spędzanymi przy świątecznym stole. Cranberry Zest to kwintesencja owocowej soczystości i pretekst do tego, żeby przyjrzeć się zimowym delicjom z trochę innej strony.
YANKEE CANDLE
Cranberry Zest
Do kupienia np. na goodies.pl (klik)
Jakiś czas temu rozglądałam się za książeczką o cyferkach. Wszystko przez mały szał, w który Fabianek wpadł. Mianowicie pokazywał cyfry na tablicach rejestracyjnych i kazał mi je głośno wypowiadać :D W związku z tym wiedziałam, że czeka nas zakup książeczki z cyframi.
Dawno nie było tu żadnego przepisu, a wiem że lubicie kiedy dodaję coś co robi się szybko, łatwo i małym kosztem. Dlatego dzisiaj podrzucam Wam przepis na sałatkę. Możecie ją podać na imprezie, albo zjeść sobie zamiast kolacji. To jeden z moich sałatkowych ulubieńców :)
Składniki:
- słoik selera konserwowego
- 25 dag szynki w kawałku
- 15-20 dag sera żółtego w kawałku
- średnia czerwona papryka
- 4 ogórki konserwowe
- groszek konserwowy
- kukurydza konserwowa
- pół pęczka natki pietruszki
- kilka łyżek majonezu
Selera odsączamy z zalewy i wyciskamy w dłoni z resztek zalewy, kroimy. Kukurydzę i groszek odsączamy na sitku. Ser ścieramy na tarce jarzynowej, na grubych oczkach. Szynkę kroimy w drobną kostkę, podobnie z papryką oraz ogórkami. Natkę drobno siekamy. Dodajemy mocno odsączone kukurydzę i groszek. Mieszamy z kilkoma łyżkami majonezu. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem.
Kolejny, drugi już żłobkowy tydzień za nami. W poniedziałek Fabiś wrócił po tygodniowej przerwie do żłobka. Przyznam, że bałam się. Bo jednak przerwa w żłobkowaniu może spowodować kolejną turę płaczu, gdy dziecko iść od mamy nie chce.
Na szczęście miło rozczarowałam się :) Fabiś z uśmiechem na twarzy poszedł do dzieci i tak było przez cały ten tydzień. Podejrzewam, że wpłynął na to... kolega. Bo synek ma już swojego ulubionego kolegę, który już od drzwi biegnie właśnie do niego :) Dziś zauważyłam jeszcze, że dołączyła do nich dziewczynka, więc mają zgraną pakę. Cieszy mnie to bardzo, bo czasami żłobkowe przyjaźnie są trwałe i długie. A świadczy o tym znajomość mojej siostry ze swoim kolegą. Od żłobka, do teraz - gimnazjum, nadal się ze sobą przyjaźnią. Piękne, prawda?
W tym tygodniu dostałam także pierwszą Fabiniową pracę (klik). Dumna mnie rozpierała, a z emocji aż miałam łzy w oczach :))
A jak u Was kochane?
Fabiś miał na sobie:
Tshirt - England (sh)
Spodnie - nn (sh)
Buty - H&M
Od dawna już myślałam nad serią wpisów, gdzie polecamy żywność, która nam smakuje i ma przyzwoity skład. Nie jest to absolutnie powiązane ze współpracą z daną marką, bo produkty te kupujemy z własnej kieszeni. Po prostu je lubimy i chcemy Wam polecić, bo może ich nie znacie :)
Dziś na naszym celowniku sok firmy Hortex - Leon. Opakowanie troszkę zwodzi, ponieważ na początku myślałam, że jest to mus (tak jak konkurencyjny Kubuś). Jednak nie pasowała mi jego konsystencja, która jest o wiele rzadsza. Po wczytaniu się w etykietę wyszło na jaw, że jest to sok. A może raczej koktajl owocowy :)
Składowo jest bardzo fajny, ponieważ nie zawiera cukru, słodzików, ani chemii. Jego skład to owoce i soki owocowe, więc jest słodki sam w sobie. Z tyłu opakowania możecie zobaczyć ile danego owoca użyto do wyprodukowania zawartości saszetki, dla mnie rewelacyjny pomysł :))
Przez to, że zamknięty jest w saszetce łatwiej zmieścić go w torebce. Jednak zauważyłam, że przez jego gabaryty dziecku od połowy ciężko pić, trzeba troszkę spłaszczyć opakowanie, aby dziecku było wygodniej - to jego jedyny minus. My zazwyczaj traktujemy ten sok jako podwieczorek, więc przelewamy go do kubeczka i nie ma problemów z piciem :)
Pojemność to 200 ml, cena ok. 2 zł w zależności od tego w jakim sklepie jest kupowany.
To świetna alternatywa dla innych soków owocowych, które w składzie mają cukier i syrop glukozowo-fruktozowy. Chociaż pamiętajmy, że woda jest najzdrowszym napojem dla naszych dzieci :)
A jakie soki Wy podajecie dzieciaczkom? :)
Często pytacie mnie o to, jak bawimy się razem z Fabisiem. Odkrywcza nie będę, ale kilka notek z tej serii obiecuję, że się pojawi :) Dziś troszkę o tym, co ostatnio bardzo polubiliśmy, oboje. Mowa o rysowaniu i kolorowaniu.
Nie jestem super uzdolniona plastycznie, ale jakieś proste obrazki typu dom, pies, kot narysować umiem :D Rysujemy więc na kartce kreski, kółka i różne potwory, a potem kolorujemy. Póki co wygląda to bardziej, jak bazgroły. Z dnia na dzień widzę jednak, że Fabiś lepiej operuje kredkami, ładniej je trzyma w rączce, rozpoznaje kolory gdy o jakiś poproszę. Nauka wre, nawet przy zabawie :)
Kredki - jakimi kredkami rysujemy? Postawiłam na takie, które mają intensywne kolory bez mocnego naciskania, czyli świecowe. Aktualnie zaopatrujemy się w Pepco, gdzie za 12 kredek płacę całe 1,49 zł, majątek :D Jak na kredki świecowe trzymają się dość długo i tak szybko nie łamią. A jak już złamią, to kosztują tak mało, że nie jest szkoda kupić nowe opakowanie. Lubimy też kredki Bambino, ale one mają już mniej intensywne kolory i kosztują więcej (4,99 zł)
Przechowywanie - w czym trzymamy kredki? Na samym początku, gdy tylko kupiliśmy kredki wpadłam na pomysł kupienia czegoś do trzymania kredek. Plan był taki, że ma to być coś ładnego i niedrogiego. I nawet w sklepie miałam w rękach fajne pudełeczko, ale... Po co kolejna rzecz zajmująca miejsce w domu? Pogrzebałam po szafkach i znalazłam. Starą metalową puszkę po herbacie. Okazała się być idealna! Muszę ją tylko odświeżyć i pomalować, a będzie nie powtarzalna :))
Kartki i kolorowanki - na czym rysujemy? Nie chciałam tracić dużo pieniążków na bloki rysunkowe, więc kupiłam ryzę papieru. 500 sztuk kartek z Kodaka za całe 9,99 zł, więc rysować możemy do bólu. A papier sam w sobie zawsze w domu się przyda, czy do pisania, czy do drukowania. Z takich czystych kartek korzystamy częściej niż z kolorowanek. Bo samych kolorowanek mamy w domu dwie. Jedną dostał od kuzynki, drugą natomiast kupiliśmy wczoraj w Lidlu. Ale mieć musieliśmy, bo jest z ulubioną postacią bajkową Fabisia - Dorą małą podróżniczką ;)
A Wy lubicie rysować i kolorować z maluchami? :)
Gdy tylko zobaczyłam tę pozycję na jednym z blogów wiedziałam, że w naszej biblioteczce znaleźć się musi. W końcu Fabiś kocha wszelkie pojazdy, więc książka o autach tym bardziej powinna mu się podobać. Ale nie do końca tak było.
Wiem, że jesteście ciekawe jak nam minął. Pytacie w wiadomościach i na fejsie jak było, także dzisiaj wpis o naszym pierwszym tygodniu w żłobku :)
Poniedziałek - szłam z duszą na karku. Umówiłam się z panią wychowawczynią, że przyprowadzę Fabisia na pół godzinki. Tak, aby chwilę się pobawił i zjadł zupkę. Postanowiłyśmy, że najlepiej będzie przyprowadzić go o 9:30, gdzie zupka jest o 10. Przyszliśmy do żłobka, odnaleźliśmy nasz znaczek (z autkiem!), przebraliśmy buciki. Fabiś wziął ze sobą autko i Georga. Wytłumaczyłam mu, że idzie na chwilkę do dzieci, a mama będzie czekać w szatni. Drzwi się otworzyły, zobaczył dzieci i nie oglądając się na mnie poszedł ;) Stanęłam na korytarzu i czekałam, płaczu nie było słychać. Po 10 minutach słyszę, że drzwi od sali otwierają się. Wychylam się delikatnie i co widzę? Fab sam otworzył sobie drzwi i wyszedł :D Na szczęście nie zdążył mnie zobaczyć, a pani szybko zareagowała. O 10 zjadł zupkę, pani wyszła i powiedziała, że w sumie grzecznie się bawi. Więc czekałam. W sumie był 1,5 godziny. Stwierdziłam, że lepszy niedosyt niż przesyt. Po wszystkim poszliśmy na plac zabaw. Po drodze Fabiś z radością i przejęciem opowiadał, że były dzidzi, bum bum i niaaam ;)
Wtorek - Tym razem Fabiś miał już zostać sam od 9:30 do 11. Całą drogę do żłobka szedł zadowolony i uśmiechnięty. Po wejściu do budynku zaczął troszkę pojękiwać, że chce na pole. Przy przebieraniu podobnie. Po otworzeniu drzwi na salę zaczął płakać. Pani wzięła go na ręce, a ja wyszłam. Tak bez emocji. Wiedziałam, że dla niego tak będzie lepiej... Chociaż po wyjściu z budynku miałam łzy w oczach... Wróciłam po niego o 11 i znowu zadowolony opowiadał co robił. I znowu poszliśmy na plac zabaw wyszaleć się.
Środa - kryzysowy dzień. Od razu po wstaniu Fabiś płakał, że dzidzi nie. Całą drogę do żłobka lamentował, że chce do baby Boni. Więc całą drogę opowiadałam mu, że idzie do dzieci, że będzie jeździł autkami, zje niam niam obiadek i mama zaraz po obiadku po niego wróci. Płakał. Przy odbieraniu widziałam, że miał jeszcze zapuchnięte oczka. Ale pani mnie uspokoiła. Troszkę płakał, ale zabawiały go i nie pozwalały zastanawiać się gdzie jestem. Po żłobku poszliśmy na plac zabaw, ale po 10 minutach kazał się położyć spać, taki był zmęczony.
Czwartek - od rana tłumaczyłam Fabisiowi, że idzie do dzieci pobawić się, a mama po obiadku zaraz po niego przyjdzie. Myślę, że zrozumiał i zapamiętał, bo spokojnie wszedł na salę, pożegnał się i poszedł się bawić. Tym razem był dłużej, bo odebrałam go po drugim daniu. Chyba się nim nie najadł, bo całą drogę upominał się o jedzenie :D
Piątek - tak samo, jak i w czwartek ze spokojem poszedł na salę. Ba, widziałam w jego oczach, że cieszy się na widok dzieci - w końcu troszkę je już poznał :) Odebrałam go po obiadku, czyli po godzinie 12. Umówiłam się z panią, że w poniedziałek Fabiś przyjdzie już na śniadanko, czyli między 7 a 8 rano (śniadanie jest o 8:15).
Niestety w sobotę Fabiś dostał katarku, w niedzielę wieczorem zaczął pokasływać, więc w poniedziałek zamiast do żłobka trafiliśmy do pediatry. Początki jakiegoś wirusa i lekko czerwone gardełko. Dostaliśmy syrop i nakaz przetrzymania tygodnia w domu ;) Dziś idziemy na kontrolę i zobaczymy czy wszystko już ok. Musimy mieć też zaświadczenie od lekarza, że Fab jest zdrowy inaczej nie przyjmą go w poniedziałek do żłobka (co mi się bardzo podoba).
A jak Wam minęły pierwsze żłobkowe czy też przedszkolne dni? :)
U nas w domu to jednak bardziej obchodzi się imieniny niż urodziny, ot tak po katolicku. Bo przecież świętowanie dnia urodzenia przyszło do nas z Niemiec. W dawnych czasach katolicy świętowali jedynie dzień swojego imienia, ponieważ kościół uważał obchodzenie urodzin za pogańskie zwyczaje ;)
My jednak historią się nie przejmujemy i świętować lubimy. Dlatego 1 września, jak co roku stawiliśmy się u ukochanej babci Fabisia - Boni. Choć Fab humoru nie miał, z powodu wyżynającej się piątki ;)
Fabiś miał na sobie:
Tshirt - Rebel
Spodnie - Rebel
In
strój,
z życia
Babie lato
Ten tydzień pogodowo nas rozpieścił. Od rana słoneczko, choć do godziny 13 dość chłodno. Po 13 upalnie, a po 17 lodowato. Babie lato, jak nic :)
Dlatego od razu po żłobku korzystając z pogody chodziliśmy na plac zabaw. To jeden z ulubionych placyków Fabisia, bo wszystko jest idealnie dopasowane do jego wzrostu i nie muszę go trzymać za rączkę np. na małpim gaju, żeby mógł sobie przejść.
Także młodzieniec korzysta i wykorzystuje nadmiar energii do fizycznej zabawy, a ja z przyjemnością napawam się widokiem tej zadowolonej buzi :)
PS. Wracamy na allegro, zapraszamy na zakupy :) > klik <
Fabiś ma na sobie:
Bluza - TU (sh)
Spodnie - Early Days (sh)
Buty - Bartek
Są takie książeczki, które urzekają mnie od pierwszego wejrzenia (oczywiście najczęściej na innych blogach). Tak też było z Babo Chce, o której przeczytałam u jednej z blogerek. Od razu zakochałam się w pięknych ilustracjach. Długo nie czekałam i zamówiłam tę pozycję do Fabiniowej biblioteczki.
Czekałam z językiem na brodzie na kuriera, a następnie jeszcze na uczelni z zacięciem odpakowywałam paczkę. Bo w końcu ją miałam w rękach. Uradowana biegłam do domu, żeby pokazać ją synkowi. A ten... Nawet na nią nie spojrzał. To ewidentnie nie był jej czas, więc została schowana i czekała na TEN dzień, w którym zainteresuje Fabiego.
Każda kobieta pragnie być piękną w oczach innych. Właśnie dlatego korzystamy z dobrodziejstw, jakimi są kosmetyki. Chociaż przed ciążą zdecydowanie częściej ;) Po porodzie ciężko jest ogarnąć rzeczywistość i mieć czas (a już w ogóle siły) żeby na twarz cokolwiek nakładać.
Do makijażu codziennego wróciłam idąc na studia - żeby jakoś wyglądać. Bo na co dzień daję skórze oddychać i nie przesadzam z make-upem. Póki cera mi na to pozwala, to z tego korzystam. Jednak pokażę Wam dziś co używam do takiego normalnego, wyjściowego makijażu. Całość zajmuje mi 5 minut, więc dla chcącego, to i codziennie mogłabym się malować - ale tak jak napisałam, wakacje są czasem dla regeneracji skóry :)
Podkład - aktualnie używam Rimmel Match Perfection. Kolor jest zdecydowanie mój, czyli bardzo jasny, chłodny i w różowym odcieniu. Niestety nie podoba mi się jego formuła. Podkreśla mi suche skórki i zapycha na policzkach (z czym ostatnio walczę). Aktualnie szukam czegoś o tym samym kolorze, a lżejszej formule, może skuszę się na jakiś azjatycki krem bb?
Tusz do rzęs - aktualnie używam Wibo Extreme Lashes. Mojego ulubionego tuszu z firmy Lovely ostatnio w ogóle nie mogę trafić, więc wróciłam do jednego z ulubieńców. Tusz Wibo dobrze rozdziela rzęsy i wydłuża je, daje naturalny efekt, który lubię najbardziej. Do tego kosztuje zawrotne 10 zł ;) Jedynym minusem, który zauważyłam u siebie, to osypywanie po kilku godzinach, ale dość często przecieram oczy, więc może to jest trochę winne temu stanowi?
Kredka do oczu - aktualnie używam Essence Kajal Pencil. Hit, który znalazłam na blogach kosmetycznych. Mam opadające i tłuste powieki, więc zaraz wszystko mi się rozmazuje i odbija. Ta kredka zastyga na powiece i trzyma się cały dzień w niezmienionym stanie. A to wszystko za 5 zł! Jestem z niej bardzo zadowolona i używam zmiennie grafitowej z brązową. Polecam i Wam :)
Róż do policzków - aktualnie używam limitowanego Essence Vintage District. Bardzo go lubię, chociaż to mój pierwszy róż w ciepłym odcieniu. Zawsze stawiałam na chłodne kolory. Tymczasem do ciepłego odcienia szminki nie nałożę przecież chłodnego różu :) Dlatego skusiłam się, gdy zobaczyłam ten róż na wyprzedaży. Nie ma drobinek, więc nie podkreśla porów, a do tego nie da się nim zrobić plam. Bardzo fajny :)
Szminka - aktualnie najczęściej używana Rimmel Vintage Pink. Moja pierwsza i najulubieńsza pomadka. Lubię ją ze względu na kolor, w którym dobrze się czuję. To taki zgaszony i chłodny róż. Odpowiedni dla chłodnego bledziocha, jakim jestem. Na moich ustach trzyma się dość długo i równomiernie zjada.
Pędzel do różu - aktualnie używam Catrice Powder Brush. Bardzo lubię ten pędzel ze względu na kształt. Jest mały, więc zmieści się także w torebce. Sprzedawany w fajnym, zamykanym plastikowym opakowaniu. Włosie dla mnie jest delikatne i lepsze niż naturalne (naturalne pędzle po kilku latach zaczynają twardnieć, w końcu są z martwych włosów...), dobrze się dopiera. Dla mnie pędzlowy hicior.
A Wy jakich kosmetyków używacie na co dzień? Możecie coś polecić? :)







