Fabi chory. Zaczęło się od niezidentyfikowanej gorączki, potem wyszło zapalenie krtanii i dalej nie przechodzi. Od wtorku kisimy się w domu. Zawartość domowej apteczki ciągle na wierzchu, więc stwierdziłam, że pokażę Wam co aktualnie w niej posiadamy. Może podłapiecie coś czego nie macie i u Was się sprawdzi? :)
In
foteliki samochodowe,
zdrowie
CZAS NA ZMIANY, CZYLI KILKA SŁÓW O NOWYM FOTELIKU SAMOCHODOWYM. NANIA BELINE SP 9-36 KG
Nadszedł czas na zmianę fotelika. Fabiś zaczął wystawać głową ze starego, więc przyszedł czas na zakup nowego. Długo rozglądałam się za czymś nowym, co byłoby bezpieczne, a przy okazji nie drogie. Zastanawiałam się nad kupnem używki, jednak w końcu postawiłam na nowy fotelik. Przeczytacie o nim w dalszej części notki.
Problemy internetowe skutecznie uniemożliwiły mi pisanie na blogu. Jednak dzisiaj nadrabiam i przychodzę do Was z postem, który jest dla nas ważny. Bo dotyczy Atopowego Zapalenia Skóry (AZS) i egzemy, z którą borykamy się od dawien dawna. Jeśli jesteście ciekawi, jak my walczymy, to zapraszam do dalszej części notki :)
Długo zbieram się do napisania tego postu, ale odkąd Fabiś wyzdrowiał po półrocznym (!) zaflegmieniu koniecznie muszę Wam napisać o tym, co mu dolegało. Nie pomogły wizyty u lekarza specjalisty a zwyczajna matczyna czujność i wujek gugl. Uwierzycie? Ale zacznijmy od początku.
Dziś post nie walentynkowy, ale jak tu myśleć o święcie zakochanych, kiedy ma się chore dziecko w domu? Bo fakt, Fabi się pochorował. I dziś, robiąc mu inhalacje stwierdziłam, że podzielę się z Wami radami odnośnie zakupu inhalatora - bo my z naszego korzystamy nieprzerwanie od kilku miesięcy (sic!) i co nieco możemy Wam podpowiedzieć jeżeli stoicie przed decyzją dot. kupna takiego sprzętu.
Jeszcze niedawno sama się nad tym zastanawiałam. Czytałam blogi, oglądałam zdjęcia i zazdrościłam wszystkim mamusiom, które mają już odpieluchowane dzieci. Bo Fabiś, pomimo tego, że w okolicach 2rż zaczął informować o swoich potrzebach fizjologicznych, to na nocnik usiąść nie chciał. Parzył go w tyłek i koniec kropka. Za każdym razem zaglądając w pieluszkę przeżywałam zawał - bo odparzenie goniło odparzenie i od urodzenia było coraz gorzej. Kremy, pudry, maści i zmiany pieluch nie pomagały, więc modliłam się o to, żeby syn jednak się przekonał.
Na wakacjach synek zaczął mówić kiedy chce mu się siusiu. Jednak na nocnik nie siadał. Na ten czas kazał zakładać sobie pieluchę. W związku z tym cierpliwie czekałam. Jakieś 3 tygodnie temu sam z siebie usiadł na nocnik i się załatwił. Sam, ze swojej inicjatywy, bez zmuszania, bez sadzania. Od tamtej pory pożegnaliśmy pieluchy. Ubieramy je jedynie na spacer i do spania. Nie ma wpadek, nie ma przypominania. Po prostu synek sam uznał, że to jego pora.
Jestem z niego ogromnie dumna. Z siebie też, że nie uległam innym. Dużo osób już na wakacjach wmawiało mi, że to moja wina, że synek nie siusia na nocnik. Bo nie wysadzałam go odkąd zaczął sam siedzieć. Ja wyszłam z założenia, że dziecko jest mądre i samo wie, kiedy jest gotowe na ściągnięcie pieluchy. W końcu musi się nauczyć kontrolować swoje potrzeby. Byłam cierpliwa i ta cierpliwość zaowocowała i nagrodziła nas taką niespodzianką :)
Jeśli ktoś Was poucza, że to czas na siusianie na nocnik i każe Wam na siłę wysadzać dziecko, to wsadźcie mu jego rady w jego cztery litery. Zaufajcie swojemu dziecku, niech powoli uczy się kontrolowania potrzeb fizjologicznych. A ten moment nastąpi niespodziewanie, tak jak i u nas :)
A od siebie dodam jeszcze małą poradę dla mam chłopców o grubiutkich udkach i sporej pupie - u nas najlepiej sprawdzają się bokserki, ponieważ nie wrzynają się w udka. Slipy krępowały ruchy i wrzynały się w pachwinki :)
Choroba Fabisia trwa i trwa... W międzyczasie bujamy się od lekarza do lekarza, aby konsultować czy wszystko idzie w dobrym kierunku. Od lekarza pediatry trafiliśmy do pulmunologa, gdzie Fab jest pod stałą kontrolą. Niestety jest też stale na arsenale leków. No, ale nie o tym miało być. Pulmunolog zlecił nam badanie IgA/IgE, które wykonuje się z krwi w celu wykluczenia alergii.
Nasze pierwsze pobieranie krwi, więc strach ogromny, jak to będzie i czy syn się nie zrazi. Odwlekłam w czasie całe 2 dni ;) ale dłużej nie mogłam, więc jakoś trzeba było dać sobie radę. Wieczorem opowiedziałam synkowi, że Pani będzie chciała jego krewkę z rączki i czy mu da troszkę. Wytłumaczyłam, że pani musi jej troszkę wziąć, żeby w końcu wyzdrowiał. Syn chętnie się zgodził. Wytłumaczyłam mu, że pani będzie musiała użyć igły i że troszkę będzie boleć, ale za to (fanfary, matka dziecko przekupiła :D) pojedziemy autobusem i kupimy Kinder Niespodziankę. Dziecko wpadło w zachwyt, więc i strach ciut mniejszy. Rano nie było mi już tak wesoło ;) Ubraliśmy się, poszliśmy na autobus, dotarliśmy do przychodni. Jeszcze raz przypomniałam, że pani zabierze krewkę i będzie kuj kuj, ale za to kupimy jajo. Było troszkę jęczenia w drzwiach, ale do gabinetu wszedł spokojnie. Usiedliśmy razem na krześle, a ja od razu poinformowałam panie, że syn jest niewspółpracujący ;) więc obydwie musiały podejść do nas. Założyliśmy z paniami bransoletkę i szukaliśmy żyłki. Na prawej ręce się nie udało, na lewej żyły nie widoczne. Pani zastanawiała się już nad pobieraniem z palca (a mi od razu przyszło na myśl, że będziemy siedzieć z godzinę, Fab będzie płakał i się wyrywał, a krew będzie ledwo kapać...), ale założyła Fabiemu bransoletkę na lewą rękę i... udało się! Żyła się znalazła. W tym momencie powiedziałam Fabiśkowi, że teraz pani weźmie krewkę, a ja go przytulę. Wtuliłam jego głowę w swoje piersi i... Syn ledwo zapłakał, trzymał rękę cały czas prosto! Szok, szok i jeszcze raz szok! Po skończonym pobieraniu od razu uśmiech, machanie paniom i upominanie się o jajo ;) Ale chwilę musieliśmy posiedzieć i uciskać rękę, żeby nie zrobił się siniak. Później chwalił się wszystkim, że był dzielny!
U lekarza okazało się, że na szczęście wyniki są ok. Jednak niepokojące było 1,5 miesięczne zaflegmienie. Decyzja, że idziemy na rentgen zrobić zdjęcie płuc. Po drodze (bo to piętro wyżej) wytłumaczyłam synkowi, że pani zrobi mu zdjęcie, a on musi się uśmiechać żeby wyszło piękne. Wszedł spokojny z babcią, stał ślicznie, uśmiechał się, a zdjęcie wyszło za pierwszym razem! Wynik dobry, więc zadowoleni wróciliśmy do domu :)
Czemu o tym wszystkim piszę? Bo wiem, że rozmowa z dzieckiem jest bardzo ważna. Lepiej dziecku wytłumaczyć co będzie się działo. Wcześniej się tego bałam. Najbardziej tego, że wiedząc co go czeka będzie płacz, krzyk i kładzenie się na podłodze. Grubo się myliłam. Bo właśnie gdy dziecku tłumaczę, to jest spokojniejsze. Natomiast gdy nagle coś się dzieje, czego nie zna, co może sprawić mu ból, to nie chce współpracować. Dlatego właśnie gdy ktoś się mnie pyta czemu straszę dziecko, to zawsze odpowiadam, że po prostu tłumaczę co się będzie działo. I niech myślą, że jestem wariatką. Najważniejsze, że moje dziecko mi ufa.
Przez długą chorobę, którą aktualnie przechodzi Fabiś zaczęłam myśleć o wzmocnieniu odporności. Już w tamtym roku w okresie jesiennym wpadłam na pomysł picia tranu. Kupiłam tran i zaczęłam pić go sama, wierząc, że wszystkie potrzebne składniki przenikną do pokarmu i Fab dostanie je nie musząc osobiście pić tranu. Niestety nie udało się tego dokonać, ponieważ okazało się, że tran powoduje u mnie ogromną zgagę ;)
Do tematu podeszłam znów w tym roku. Z lodówki wyciągnęłam tran, którego nie wypiłam (a termin do końca 2015!) i dałam go babci. Babcia się ucieszyła, bo butelka praktycznie pełna, a jej się przyda. I tak jakoś wyszło, że podczas remontu, gdy mieszkaliśmy u babci, sama babcia zawołała Fabcia i zapytała czy pije z nią tran. A Fabiś siup! i wypił całą łyżeczkę. Byłam ogromnie zdziwiona! Ale od tamtej pory słysząc słowo tran, Fab od razu zmierza do lodówki i każe go sobie podawać. W związku z tym nowy tran stoi u nas w lodówce. U babci jest tran Moller's o smaku cytrynowym, w domu posiadamy tę samą firmę o smaku owocowym.
Od razu przyznam, że w aptece chciałam kupić inny tran, jednak w Polsce jest on dostępny tylko za pośrednictwem... internetu. Mowa tutaj o tranie Blue Ice oraz o Kirkman. Dlaczego chciałam właśnie tran tych firm? Blue Ice jest tranem surowym, nierafinowanym i fermentowanym.Tran Kirkman jest natomiast z dodatkiem witamin naturalnych, nie syntetycznych. Został też suszony próżniowo w celu usunięcia brzydkich zapachów. Z minusów muszę przytoczyć cenę. Tran Blue Ice kosztuje 34€ natomiast Kirkman na allegro kupimy za ok. 100 zł. Nie każdego na nie stać.
W aptece jednak musząc coś wybrać postawiłam na Moller'sa, który jest firmą znaną i cenioną w Polsce.
Sam tran przechowuję w lodówce. Zapach z butelki jest mocno rybny, natomiast na łyżeczce pachnie pięknie landrynkami (a cytrynowy cytrusami). W smaku jak olej, bez żadnych substancji poprawiających smak, czy w ogóle jakikolwiek smak dając. Fabisiowi smakuje. Podaję mu tran zwykły (nie ten Baby), ponieważ to dokładnie to samo, o takim samym składzie. Różni się jednak ceną, Baby jest kilka złotych droższy! Do 3 roku życia będziemy pić 2,5 ml, a po 3 rż już 5 ml.
Czy przyniesie nam jakieś pozytywne skutki przekonamy się później :)
A Wy pijecie tran?
Odkąd karmię piersią wiem, że w mojej kosmetyczce musi znajdować się maść na poranione brodawki. Pomimo tego, że Fab jest już przecież dużym chłopcem. Zdarza się jednak, że w sytuacjach gdy syn jest chory, coś go boli jest po prostu częściej i dłużej przy piersi. Brodawki nie są przyzwyczajone do tak częstego ssania (co innego w okresie 0-6 msc), więc i szybciej się podrażniają. W takich sytuacjach ratują maści z lanoliną.
Maści takich używam od samego początku karmienia. Najpierw w pierwszych dniach, gdy nieprzyzwyczajone brodawki szybko się podrażniły. Następnie przydawały się w okresie ząbkowania, kiedy syn na nowo musiał nauczyć się ssać pierś tak, aby nie urażać brodawek ząbkami (Nie, dzieci nie gryzą. Wy pijąc ze szklanki też jej nie gryziecie). Aktualnie są ratunkiem w sytuacjach SOS. W związku z tym, że karmię ponad 25 miesięcy, miałam okazję przetestować kilka takich maści. Mam już swojego ulubieńca, więc dzielę się przemyśleniami o nim. Może którejś z Was przyda się ten post :)
W mojej kosmetyczce znajdziecie dwie lano-maści. Jedna jest produkowana przez polską firmę Ziaja, druga to zagraniczny Lansinoh. Skład mają taki sam, pod postacią czystej lanoliny. Zależało mi właśnie na takim prostym składzie z jednym składnikiem, ponieważ lanoliny nie trzeba zmywać przed karmieniem.
Lanolina to wosk zwierzęcy produkowany przez owce, w celu zabezpieczenia wełny przed wodą. Lanolina ma skład podobny do warstwy lipidowej skóry, dlatego ma bardzo dobre właściwości pielęgnacyjne. Nie rozpuszcza się w wodzie, lecz jest w stanie wchłonąć jej dwukrotną ilość w stosunku do swojej wagi tworząc stabilną emulsję. Od dawna znane są jej właściwości jako środka oczyszczającego, wygładzającego i natłuszczającego. Dobrze przenika w głąb skóry reguluje gospodarkę wodną, zmiękcza naskórek oraz zmniejsza szorstkość skóry. Lanolina jest emulgatorem przeznaczonym do skóry bardzo suchej i suchej.
Maści sprawdzają się bardzo dobrze - natłuszczają i nawilżają skórę, która staje się bardziej elastyczna, a właśnie o to chodzi przy karmieniu piersią. Po nałożeniu na rany zabezpieczają sutek przed dalszym podrażnieniem. W moim przypadku wietrzenie piersi + smarowanie lano-maścią zawsze daje szybkie efekty i pomaga pozbyć się podrażnień. Maść można także stosować na suche partie ciała oraz jako dobry zimowy nawilżacz spierzchniętych ust, pomaga ukoić ból przy poparzeniach i pieluszkowym zapaleniu skóry. Wielozadaniowiec za który ją lubię :)
Czym się różnią obydwie maści? Maść z Ziaji ma miodowy kolor i lepką konsystencję. Oblepia brodawkę i dość długo się na niej utrzymuje. Maść Lansinoh ma kolor mleczny i rzadszą konsystencję od naszej polskiej odpowiedniczki, przez co szybciej się wchłania i nie brudzi bielizny.
Jestem właśnie w trakcie używania trzeciej tubki maści z Ziajki i muszę Wam przyznać, że jestem z niej bardzo zadowolona. To był świetny wybór już od pierwszych użyć, więc gdy tylko ktoś pyta o maść tego typu, to śmiało polecam Ziajkę, również Wam.
Ziajka
Mamma Mia Lano-Maść
15 ml za ok. 11 zł
Lansinoh
HPA Lanolin
10 g za ok. 20 zł
Poranione brodawki mogą świadczyć o złym przystawianiu dziecka. W takiej sytuacji skontaktuj się z doradcą laktacyjnym lub liderem LLL.
In
zdrowie,
zdrowie&uroda
Leczenie zębów u małego dziecka i nasze wrażenia po użyciu syropu Dormicum
Długo zbierałam się do napisania tej notki, to fakt. Ale jakoś musiałam nabrać 'wiatru w żagle' i poczuć temat, w który będę się zagłębiać.
Jak już zapewne pamiętacie w maju jechaliśmy pod Warszawę, aby wyleczyć Fabisiowe ząbki zajęte próchnicą. Dlaczego tak daleko? Ponieważ chciałam, aby ząbki wyleczyła osoba, której ufam w stu, a nawet dwustu procentach. Do dnia dzisiejszego naszej ukochanej pani dentystyce dziękujemy i dziękować będziemy (i ślemy buziaczki :*).
Dziś chciałam Wam przedstawić małą relację z tego, jak wyglądał proces leczenia ząbków Fabisia.
Tuż przed wejściem do gabinetu poszłam załatwiać wszelkie papierkowe formalności, w tym czasie syn został zważony. Jest to bardzo ważna czynność, ponieważ waga dziecka potrzebna jest do dokładnego odmierzenia dawki leku. Po chwili przyniesiono nam kubeczek z wodą rozmieszaną z sokiem oraz strzykawkę z kilkoma mililitrami syropu. Fabiś się bawił, a ja w międzyczasie podałam mu lek. W ciągu 10 minut ruchy synka zaczęły się spowalniać, łapał "zawiechy", zataczał się i chichrał - słowem zachowywał się jakby był pijany. To był znak, że syrop zaczął działać. Weszliśmy do gabinetu, puszczono nam Peppę. Usiadłam na fotelu stomatologicznym, na kolanach miałam Fabisia. W tym momencie musiałam przytrzymać nogami jego nogi, a rękami jego rączki - wszystko po to, aby go unieruchomić. Dlaczego, skoro podano mu syrop?
Syrop ten na chwilę "odłącza" procesy pamięciowe. O co chodzi? Po podaniu określonej dawki leku dziecko nie pamięta co przez ten czas się działo. Czemu ma to służyć? Ano temu, żeby dziecko nie miało żadnej traumy związanej z przebiegiem leczenia.
W buzi pani asystentka założyła mu żabkę, która miała uniemożliwić zamykanie buzi oraz rurkę do odsysania śliny. W tym momencie Fabiś otrzymał znieczulenie (tak, takie jak dorośli ;)) i po chwili zaczęło się borowanie. Trwało długo, bo i dużo było do roboty. W tym czasie Fabiś płakał, prowokował odruch wymiotny, szarpał się, krzyczał - czyli rzecz normalna podczas takiego zabiegu. Walczył cały czas, był cały mokry, my również. Zabieg trwał ponad godzinię, więc zdarzało mu się przysypiać na kilka sekund i znowu budzić się i walczyć. I tak cały czas...
Po zabiegu Fabianek od razu w ciągu 3 sekund uspokoił się i oglądał Peppę (zasługa syropu). Wybrał sobie także 2 nagrody dla dzielnego pacjenta.
W samochodzie usnął i spał godzinkę.
Z samego przebiegu wizyty nic nie pamięta. Gdy pytałam gdzie byliśmy odpowiadał, że był bum i widział ciocię. Tyle, nic więcej. Czy było warto? TAK. Po leczeniu w ogóle nie widać, że kiedykolwiek coś działo się z ząbkami. Są śnieżnobiałe, równiótkie. Nie widać nawet założonych plomb. Z samego zabiegu dziecko nic nie pamięta. Mam świadomość tego, że nie ma zalapisowanych zębów i że nikt nie będzie się śmiał z niego, że jest wampirem. Ząbki są piękne i zdrowe. A to o to właśnie chodziło. Czy gdybym miała ponownie wybierać, to zgodziłabym się na użycie tego syropu? Zdecydowanie tak.
Wcześniej naczytałam się wielu straszących opinii, że dzieci są agresywne, że gryzą się itp itd. Nasza pani stomatolog dobrze to podsumowała - każdy po alkoholu zachowuje się inaczej, są ludzie, którzy się śmieją, a są i tacy, którzy są agresywni, a ten syrop działa na podobnych zasadach. Należy jednak pamiętać, że każde dziecko reaguje inaczej i że trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.
Po samym zabiegu dziąsełka Fabisia były dość mocno opuchnięte i kilka dni krwawiły. Na taką ewentualność też zostaliśmy przygotowani przez naszą panią stomatolog. Wytłumaczyła mi także jak teraz dbać o Fabisiowe uzębienie, żeby sytuacja się nie powtórzyła. Póki co, odpukać, jest dobrze. Obyśmy nie musieli powtarzać wizyt.
Mam nadzieję, że po przeczytaniu tej notki będziecie chciały walczyć o piękny i biały uśmiech Waszych dzieci. Świat nie kończy się na lapisowaniu. Wyobrażacie sobie siebie chodzące przez kilka lat z czarnymi zębami? Ja nie. A w szczególności wśród dzieci, które są okrutne. Mleczaki są przecież przez kilka lat w ustach naszych dzieci. Warto o nie dbać. Pamiętajcie także o własnych uśmiechach i chodźcie na kontrole stomatologiczne!
Buziaki
Karolina
Kobieta zmienną jest i wiadomo to nie od dziś. Każda z nas ma szafę pełną ubrań, dodatków i butów, które będą pasować do różnych okazji. O okularach natomiast często się zapomina, a przecież i one są (i nawet powinny!) pasować do stroju czy obecnego nastroju.
Dzięki uprzejmości firmy okulary.szkla.com miałam możliwość zaszaleć i wybrać sobie oprawki. Jak już wiecie, mam już jedne okulary tej firmy, które bardzo lubię. Nie zaszkodzi jednak mieć oprawki w innym kształcie i kolorze, które będą uzupełnieniem garderoby :) Dlatego chętnie przeszukiwałam stronę tej firmy i długo zastanawiałam się, na który model postawić.
W końcu padło na model Santino KP 48 c 1. Oprawki te na stronie wyglądają na zadziorne, aczkolwiek eleganckie i stonowane dzięki metalowym elementom. Do tego są w przystępnej cenie 39.99 zł. Przymierzyłam je w Wirtualnym Lustrze, wyglądałam całkiem ok, więc decyzja była prosta - biorę.
Na czym polega wirtualna przymierzalnia? Wgrywasz swoje zdjęcie (najlepiej zrobić takie na prosto, z odgarniętymi z buzi i czoła włosami) lub robisz zdjęcie kamerką, a następnie zmniejszasz/zwiększasz oprawki i dostosowujesz rozmiar do buzi. Łatwo przekonać się, czy oprawki pasują do kształtu twarzy :)
Jak prezentują się same oprawki? Są bardzo delikatne i leciutkie. Myślę, że będą wspaniałe dla osób, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z okularami - właśnie przez lekkość, dzięki której oprawek nie czuć na nosie :) Kolor tych oprawek to ciemny brąz z delikatnymi beżowymi plamkami, które przypominają mi... ogień. Tonuje je elegancki dodatek metalowych przekładek. To właśnie one podobają mi się najbardziej w całych okularach!
Co otrzymujecie zamawiając oprawki?
- solidny ciemny futerał
- ściereczkę do czyszczenia szkieł zapakowaną w wygodny pokrowiec, który można wrzucić do torebki
- gwarancję zwrotu w ciągu 30 dni
- świetne i tanie szkła. Ich cenę znajdziecie tutaj - klik
Cesarka, to nie pikuś. Jak wiecie jest to zabieg operacyjnego zakończenia ciąży. W dzisiejszych czasach cięcie wykonywane jest poziomo, nad linią wzgórka łonowego. Przecinana jest powłoka brzuszna oraz macica, reszta mięśni jest odsuwana na boki, aby jak najmniejszym zdrowotnym kosztem wyciągnąć dziecko*. Przez to, że jest to operacja - ciężej wrócić do formy, niż po porodzie siłami natury.
Po cesarskim cięciu zaleca się, aby nie ćwiczyć i nie nosić ciężkich przedmiotów przez 3 miesiące. Nie zawsze jest jednak tak, że po tych 3 miesiącach bez problemów zrobimy partię brzuszków. Mi się nie udało. Brzuch był bardzo obolały, skóra jak ciasto drożdżowe. Co w takim wypadku robić?
Od początku skorzystałam z rady, którą dała mi wspaniała położna (jeśli zamierzacie rodzić w Nowej Dębie, to polecam opiekę pani Izabeli Jadach, która udziela się również w SR). Jaka to rada?
NIE KUPOWAĆ PASA POPORODOWEGO.
Dlaczego? Brzuch opięty pasem nie pozwala na pracowanie mięśni. Fakt, brzuszek szybko się "wchłania", ale mięśnie są jak flaki. Jeśli zostawimy brzuch nie obwinięty pasem, to przy każdym schylaniu się do dziecka mięśnie same będą ćwiczyć, naprężać się i dochodzić do formy w swoim własnym tempie. Jest to troszkę czasochłonne, ale moim zdaniem jak najbardziej warto. Sama posłuchałam się tej rady i po 50 dniach od porodu miałam płaski brzuch o dość silnych mięśniach. Został tylko problem ze sflaczałą skórą.
| 3 dni po cięciu |
| 57 dni po cięciu |
Tutaj radziłam sobie kosmetykami. Najbardziej pomogło mi ujędrniające masełko z Ziaji. Stosowane codziennie przez kilka miesięcy zredukowało flaka, a skóra zrobiła się bardziej sprężysta. Wiadomo, nie jest taka, jak przed porodem, ale nie przypomina też w dotyku ciasta drożdżowego.
Teraz zostało mi już tylko wypracowanie mięśni ćwiczeniami. Mimo tego jestem zadowolona z obecnego wyglądu brzucha.
A co Wam pomogło w dojściu do siebie po cesarce? :)
*Informacja uzyskana od położnej.








